Prolog

Pszenica dojrzała w sierpniu i nikt jej nie skosił.

Studnie w okolicy zaczęły dawać wodę z piaskiem, a droga za polem zamieniła się w rynnę pyłu, w której koleiny miały ostre krawędzie, jakby ktoś wyciął je nożem. Kiedy przejeżdżała furmanka, kurz stał nad drogą jeszcze przez kwadrans i widać go było z drugiego końca doliny.

W drugiej połowie miesiąca przez wieś przeszedł listonosz z kartami powołania, a trzy dni później przyjechała po konie komisja remontowa. We wsi zostały kobiety i dzieci, a z mężczyzn jeden stary człowiek z reumatyzmem.

Siedem hektarów pszenicy kosili ręcznie, bo żniwiarki nie było czym zaprzęgać. Zaczęli od strony drogi i przeszli może trzecią część, kiedy doszła wiadomość, że mężczyźni z sąsiedniej wsi zawrócili z pociągu. Czekali na nich cztery dni. Wiadomość okazała się fałszywa, a pszenica była już wtedy tak sucha, że sypała się przy samym dotknięciu kosy.

Ziarno leżało teraz w bruzdach, jak rozsypana kasza. Chodziły po nim myszy, a nad myszami wisiała pustułka — jedyny ruch, jaki było widać z daleka.

Ludzie w tej okolicy wiedzieli, że będzie wojna. Mówiło o tym radio, mówił proboszcz, a karty powołania nie musiały już nic mówić. Nikt jednak nie wiedział kiedy — a dopóki nie wiadomo kiedy, trzeba zwieźć siano, naprawić dach i pożenić córkę. Robili więc te rzeczy, patrząc co jakiś czas na zachód, i nie było w tym patrzeniu ani strachu, ani odwagi.


Osiemdziesiąt siedem lat później rosła tam pszenica — inna odmiana, niższa, o sztywniejszym źdźble, wyhodowana tak, żeby nie kładła się po deszczu. Skoszono ją w pierwszym tygodniu sierpnia, jednym przejazdem, w cztery godziny.

Po ściernisku jeździł opryskiwacz i szedł tak równo, jakby nikt nim nie kierował, co było zgodne z prawdą. Ciągnęło od niego chemią, cienko i ostro, bez niczego, co pachniałoby ziemią.

Droga miała asfalt i białą linię. Za drogą stały słupy, a na horyzoncie, dokładnie tam, gdzie kiedyś nie było niczego, obracały się powoli trzy turbiny wiatrowe. Z tej odległości nie słychać ich nigdy. W tym ruchu nie było żadnego wysiłku.

Ludzie w tej okolicy też słyszeli, że może być wojna. Mówiło o tym radio, mówili politycy, mówili w internecie ludzie rysujący strzałki na mapach — tyle że mówiono tak od lat i nikt się już nie zatrzymywał, żeby sprawdzić, czy tym razem to prawda. Zwozili więc siano w białych balotach, naprawiali dachy, wyprawiali córkom wesela, patrząc co jakiś czas na wschód, i nie było w tym patrzeniu ani strachu, ani odwagi.


Sto pięćdziesiąt kilometrów na zachód, tego samego popołudnia, było głośno.

Poligon pracował od świtu na piaszczystej równinie porośniętej sosną i wrzosem. Kurz stał nad drogami technicznymi ścianą wyższą od sosen i nie opadał, bo nie było wiatru. W kurzu poruszały się kształty zbyt duże, żeby wyglądać na rzeczywiste: płaskie i przysadziste, sunące bez szarpnięć, z dźwiękiem, który nie przypominał silnika. To nie był warkot. To było wycie — wysokie, równe, jak odkurzacz przemysłowy wielkości domu — i słychać je było dwa kilometry dalej, kiedy samej maszyny nie widać jeszcze wcale.

Ludzie robili tam rzeczy zwyczajne. Ktoś klął na urwaną słuchawkę. Pod burtą, w cieniu, ktoś jadł z folii coś, co miało być gulaszem. Kierowca od czterdziestu minut szukał klucza francuskiego, który leżał na jego własnym siedzeniu. Cztery kilometry wyżej leciało blisko siebie kilka maszyn, których z ziemi prawie nie było widać — a jeżeli już, to jako pojedynczy błysk, kiedy słońce trafiło pod właściwym kątem.

Ćwiczenia trwały trzeci tydzień i nudziły wszystkich. Trzy doby wcześniej przyszedł rozkaz, który kazał wymienić amunicję ćwiczebną na bojową, i nikt nie wytłumaczył dlaczego. Ludzie zrobili to, co się w takich sytuacjach robi: wykonali rozkaz i przestali o nim myśleć.


Później — już tam, w tamtym roku, kiedy nie było komu tego przesłać — próbowano ustalić, co właściwie zarejestrowały przyrządy. Okazało się, że wszystko.

Zapisy z tamtego popołudnia są kompletne i nieprzerwane. Ciśnienie normalne, temperatura normalna, częstotliwości czyste, ani jednej sekundy przerwy w pomiarze. Oficer, który je przeglądał, powiedział, że gdyby ktoś podał mu te dane bez pytania, orzekłby, że tego dnia na poligonie nie wydarzyło się nic.

Ci, którzy tam byli, dzielili się na trzy grupy i żadna nie potwierdzała tego, co mówiły dwie pozostałe.

Jedni mówili o świetle. Nie o błysku — o świetle, które przestało padać z jakiegokolwiek kierunku, przez co wszystko naraz straciło cień. Trwało to sekundę albo dwie i przez tę sekundę świat wyglądał jak prześwietlone zdjęcie.

Drudzy mówili o ciśnieniu w uszach, takim jak w windzie albo przy lądowaniu, tyle że rosnącym bez końca.

Trzeci — i było ich najwięcej — nie umieli powiedzieć nic ani o świetle, ani o ciśnieniu. Dla nich urwał się dźwięk. Najpierw świergot ptaków. Potem wycie maszyn. Potem, na ułamek chwili, także ten dźwięk, który słyszy się w zupełnej ciszy i którego nigdy się nie nazywa — własną krew.

A potem cisza się skończyła i wszystko było takie samo, tylko gdzie indziej.


W jednym punkcie wszystkie te relacje schodziły się mimo wszystko: nie było trzasku. I akurat w to jedno nikt później nie chciał uwierzyć.

Nie było też przejścia. Nie było poczucia ruchu, spadania ani utraty równowagi. Kto stał, ten stał dalej. Kto trzymał kubek, ten go nie wylał. Zmieniło się natomiast wszystko dookoła — i zmieniło się w sposób, którego przez pierwsze sekundy nikt nie umiał nazwać. Żeby powiedzieć, co jest nie tak, trzeba mieć się do czego odnieść. Nie było do czego.

Sosna i wrzos zniknęły. Na ich miejscu leżało zboże, którego nikt nie skosił, a zboże było pocięte miedzami na wąskie pasy. Na poligonie nie ma miedz. Droga biegła nie tam, gdzie biegła chwilę wcześniej, i miała koleiny wyjeżdżone przez wąskie obręcze furmanki, nie przez gąsienice.

Kurz, który maszyny podniosły na piaszczystej równinie, opadał teraz w pszenicy sto pięćdziesiąt kilometrów dalej na wschód.

Data była tylko połową tego, co się stało. Drugiej połowy nie dało się zobaczyć z żadnego miejsca na tym polu. Trzeba by położyć obok siebie dwie mapy — jedną z sierpnia, drugą z sierpnia — i zauważyć, że nie pokrywają się o szerokość dłoni.

Nikt tego wtedy nie zrobił. Człowiek, który właśnie cofnął się o osiemdziesiąt siedem lat, nie zaczyna od sprawdzania, czy nie zgubił przy okazji stu pięćdziesięciu kilometrów.


Pustułka wróciła nad pole po jedenastu minutach.

Pszenica leżała wygnieciona nie wiatrem, tylko czymś, co stanęło — na tym polu, na sąsiednich, za drogą. Tak daleko, jak z bruzdy sięgało widzenie. W bruździe, między rozsypanym ziarnem, stygł metal, cykając cicho i nierówno, tak jak stygnie każdy metal, który przed chwilą pracował.

Silniki zgasły wszystkie naraz i na razie żaden nie dawał się uruchomić. Nie pracowało nic.

Z drogi, od strony lasu, nadjeżdżała furmanka. Woźnica zobaczy to za dwie minuty, zatrzyma konia i będzie patrzył. Nie będzie potem umiał powiedzieć, jak długo. Powie o tym żonie, żona powie sąsiadce i do wieczora w trzech wsiach będzie się mówiło o polu pod lasem.

Gdzieś na Pomorzu, w polu pszenicy, którego nikt już nie zdąży skosić, stały maszyny, których ten świat nie powinien zobaczyć przez następne osiemdziesiąt siedem lat.

Trzysta pocisków